maja 13, 2024

Kobieta, która skłamała - Claire Douglas

Kobieta, która skłamała - Claire Douglas
Emilia Ward to zwyczajna kobieta mieszkająca w podmiejskiej części Londynu wraz z mężem i dwójką dzieci – nastolatką z pierwszego małżeństwa i kilkuletnim chłopcem z obecnego. Jest również poczytną autorką powieści o detektyw Mirandzie Moody.

Gdy Emilia rozpoczyna prace nad dziesiątą częścią serii, dzieje się coś niepokojącego: doświadcza incydentu żywcem wyjętego z jednej z jej książek. W pierwszej chwili uznaje, że to zbieg okoliczności. Ale potem to się dzieje znowu. I jeszcze raz.

Wszystko się zmienia, gdy ktoś z jej otoczenia umiera w taki sam sposób, jak ofiara w książce, którą właśnie pisze…

Dlaczego ktoś to robi?
Skąd wie, o czym pisze?
A jeśli Emilia i jej rodzina są następni?


Ze wszystkich do tej pory przeczytanych książek Claire Douglas, ta podobała mi się najbardziej. Nie mogę się do niczego przyczepić. Zarówno sposób opowiadania historii, jak i plot twisty a nawet samo zakończenie powieści mnie w pełni usatysfakcjonowały. "Kobieta, która skłamała" to taka książka, którą po skończeniu odkładamy z myślą: to było dobre!

Sam pomysł na fabułę może nie był nowatorski - pisarka, która jest gnębiona, tak jak bohaterzy z jej książek. Jednak sposób poprowadzenia historii, wyraziści bohaterowie, zamysł, w którym widać logikę, to wszystko było na najwyższym thrillerowym poziomie, choć bez fajerwerek. Sposób opowiadania był raczej spokojny, stonowany, na równym poziomie. Świetna jako uspokojenie po mroczniejszych i bardziej dynamicznych powieściach.

Podobało mi się zawężenie kręgu podejrzanych do kilku konkretnych osób. To dawało mi poczucie, że mogę dobrze połączyć kropki i znaleźć winowajcę. Niektórzy bohaterowie wydawali mi się zupełnie niewinni, a inni aż nadto sprawiali wrażenie zamieszanych. No cóż, nie udało mi się to łączenie;) Moje kropki poszły w innym kierunku niż kropki autorki, ale to tym bardziej sobie chwalę "Kobietę, która skłamała" i cieszę się, że mimo przeczytania tak dużej liczby thrillerów, te potrafią mnie jeszcze zaskoczyć ;) 


maja 04, 2024

Miłość mojego życia - Rosie Walsh

Miłość mojego życia - Rosie Walsh
Emma, znana biolożka morska, bardzo kocha męża Leo i córeczkę Ruby. Zrobiłaby dla nich wszystko. Ale niemal każde słowo, które im o sobie powiedziała, to kłamstwo. I być może nigdy nie wyszłoby to na jaw, gdyby nie praca Leo. Jest on autorem nekrologów. Kiedy Emma zapada na poważną chorobę, Leo radzi sobie ze stresem, robiąc to, na czym zna się najlepiej – badając życie żony i pisząc o nim. Krok po kroku zbliża się do strasznej prawdy: osoba, którą kocha, tak naprawdę nie istnieje. Nawet jej imię nie jest prawdziwe. Kim jest kobieta, którą od dziesięciu lat trzyma nocą w ramionach? Emma będzie musiała w jakiś sposób udowodnić Leo, że naprawdę jest tym, za kogo zawsze ją uważał. Najpierw jednak musi mu opowiedzieć o drugiej miłości swojego życia...

Kiedy zaczęłam czytać "Miłość mojego życia" odniosłam wrażenie, że mam do czynienia bardziej z powieścią obyczajową, dramatem niż thrillerem. Nie ukrywam, że pierwsze rozdziały były dla mnie za spokojne, nużyły mnie. Nie miałam ochoty czytać wynurzeń miłosnych faceta do swojej żony, chciałam zagadki - już teraz, zaraz! Jednak Rosie Walsh miała inny plan. Najpierw zaczęła wzbudzać współczucie względem kobiety, zmagającej się z nowotworem, jednocześnie pokazując jak bardzo ta kobieta jest kochana, wręcz uwielbiana przez swojego męża. W powieści w zasadzie nic się nie działo poza utwierdzaniem czytelnika, że mamy do czynienia z prawdziwą miłością. Dopiero kilkadziesiąt stron dalej fabuła nabiera rumieńców. Zaczynają się podchody, niedopowiedzenia, sekrety. Czytałam, wciągając się coraz bardziej i bardziej.

W powieści mamy do czynienia z dwoma narracjami. Jedna to perspektywa Emmy, a druga jej męża Leo. Pojawia się także perspektywa pewnej kobiety... Jeżeli czytając macie wrażenie, że znacie zakończenie tej historii - to się nie mylicie. To tylko wrażenie;) Gwarantuję, że Rosie Walsh Was zaskoczy i to nie raz. 

Autorka niezwykle umiejętnie wodzi czytelnika za nos, podrzuca mylne tropy, rzuca cienie na coraz to nowsze sprawy. Z fabuły wyłania się nie tylko powieść obyczajowa, nie tylko thriller psychologiczny, ale również, a może przede wszystkim dramat. 

Niech najlepszą rekomendacją do sięgnięcia po tę powieść będzie fakt, iż tak się zaczytałam, że nie zauważyłam, kiedy minęła północ, pierwsza w nocy, druga w nocy... Czytałam aż nie przeczytałam ostatniej strony i nie zamknęłam książki. O 2:40 w nocy było po wszystkim, a ja się zastanawiałam, czy to było dobre zakończenie. Niby bohaterowie byli papierowi, ale ja czułam pewien żal, wręcz smutek, że skończyło się tak, a nie inaczej. 

POLECAM.

maja 01, 2024

Zaburzenia lękowe i ataki paniki. Nie jesteś sam(a)

Zaburzenia lękowe i ataki paniki. Nie jesteś sam(a)

Kino, sklep, autobus.

Nagły strach może nas spotkać wszędzie. Nie będzie to jednak zwykły strach, będzie to napędzająca się panika, każąca nam jak najszybciej znaleźć drogę ucieczki. Nam, czyli komu? Czyli osobom zmagającym się z zaburzeniami lękowymi, np. mi.

Trudno w to uwierzyć, ale nie zawsze miałam 'zaburzenia'. Klaustrofobia, czy agorafobia nie towarzyszyły mojemu życiu. Może lekki dyskomfort, ale to wszystko. Nic co zaburzałoby moje funkcjonowanie. Kiedy zauważyłam, że coraz bardziej się wycofuję? Trudno powiedzieć. To były małe etapy. Przejazd pełnym autobusem przez całe miasto nagle okazywał się ponad siły. Wyjście do teatru, czy kina okupione było lękiem, o to, czy wyjście będzie wystarczająco blisko mojego rzędu. Zakupy w hipermarkecie były ok, aż do momentu, gdy któregoś dnia nie mogłam oddychać, znajdując się w samym jego środku, orientując się jak daleko mam do drzwi. Sytuacje mogę mnożyć. Było ich coraz więcej, a ja coraz bardziej ich unikałam. Mijał miesiąc za miesiącem, aż przyszedł moment, wydarzenie, którego nie chciałam zepsuć. Punkt zwrotny, niżej upaść się nie dało, musiałam zacząć się podnosić... 

Czy psychoterapia jest dla wszystkich? 

Jeżeli traficie na odpowiednią osobę na pewno tak. Mi psycholog uświadomiła, że nie jestem winna swoich zaburzeń. Jeżeli przez tak długi czas czujesz się samotny, przygnieciony wrażeniem, że wszystko jest na Twojej głowie, że nie masz nikogo na kogo mogłabyś/mógłbyś liczyć to gdy nagle stajesz w sytuacji 'bez wyjścia' (dosłownie i w przenośni) masz poczucie niemocy, odczuwasz brak realnego wpływu na rzeczywistość, ratujesz się ucieczką. To oczywiście tylko część powodów, dochodzi jeszcze podłoże genetyczne, różne traumy. U każdego może być inna przyczyna. Warto ją poznać i oswoić dlatego  pewnością warto spróbować spotkań z psychologiem. Jeżeli jednak już teraz zastanawiasz się co jeżeli terapia nie pomoże...

No cóż, wtedy jest jeszcze farmakoterapia. 

Nie wzdrygaj się, nie unoś. Nie jesteś wariatem. Na ból głowy ludzie biorą leki, na kaszel, katar i świąd również, więc czemu nie na zaburzenia lękowe, które dezorganizują Ci życie? Bardzo się cieszę, że w końcu i ja poszukałam pomocy. Tabletki bardzo mi pomogły. Nie bój się, że Cię otępią, zmienią Twój mózg itp. Spróbuj, pomóż sobie, gorzej raczej już nie będzie ;) 

Ja walczę od roku. Potykam się - upadam - wstaję. To jest ciągła walka. Wejście do pociągu, autobusu, auta i przejechanie bez wysiadania dłuższej trasy niż 3 przystanki w mieście. Zrobienie zakupów w hipermarkecie, wytrwanie na przedstawieniu/koncercie/mszy/seansie filmowym. Wszystkie miejsca z tłumem, z zamkniętymi drzwiami to mierzenie się z bardzo wymagającym przeciwnikiem. To jak walka bokserska. Masz w pamięci ten strach, który każe Ci uciekać, szukać wyjścia, ratować się, i nie chcesz go doświadczyć. Walczysz: skupiasz się na przedmiotach/czynnościach, starasz się uregulować oddech. Próbujesz się uspokoić, opanować, czasem to się udaje... a czasem nie. Uciekasz. Masz wrażenie, że ratujesz życie...

Nikt kto tego nie przeżył nie będzie w stanie zrozumieć - wiem, że tak jest. Nikt kto nie miał choć raz ataku paniki nie jest w stanie wyobrazić sobie tego, co przeżywamy. A niestety, brak wsparcia przez niezrozumienie powoduje, że czujemy się jeszcze gorzej. To trochę jak z depresją. Ludziom wydaje się, że 'wymyślasz', że wystarczy 'wziąć się w garść'. A Ty nie wymyślasz, walczysz, jednak czasem upadasz. Dobrze jest wtedy usłyszeć - trudno, może następnym razem, nic się nie stało. Zaburzenia lękowe nie tylko dezorganizują życie, ale też wywołują ogromne wyrzuty sumienia, wpędzają w poczucie winy, wiemy, że znów nawaliliśmy. Zawiedliśmy. Lęki to jednak nie jest wysypka, nikt nie widzi jak bardzo staramy się normalnie funkcjonować i jak ogromną walkę prowadzimy w 'niekomfortowych' sytuacjach. Ludzie często widzą tylko efekt końcowy - ucieczkę.

Walka z zaburzeniami lękowymi jest trudna, wyboista. Raz wygrasz, dwa razy przegrasz, albo dziesięć razy wygrasz, ale raz nie dasz rady. U mnie wzlotów jest coraz więcej i jestem z siebie dumna. Mam nadzieję, że upadków, których jednak jeszcze doświadczam, będzie coraz mniej, a może kiedyś w ogóle znikną? Chciałabym:)
Tego życzę i Wam. 

Być może są tu osoby równie niedoskonale co ja i poczują się lepiej, wiedząc, że gdzieś tam są też inni, którzy codziennie się z czymś zmagają 🙂💛
Copyright © Femina domi , Blogger